Dzień 6. Time to say goodbye.

A szóstego dnia Ekipa Uganda, spakowała rzeczy, pożegnała się z Gospodarzem, wsiadła do busa i…
ale nie uprzedzajmy faktów
echo znajomego głosu rozniosło się w mojej głowie.

No dobrze, niech będzie.

Miałem pójść trochę na skróty, bo pora już późna, a rano trzeba wstać, no ale nie ma to tamto. Dyżur wyznaczony, blogaska trzeba napisać.

Zatem,
Szanowne Czytelniczki, Czytelnicy oraz Osoby oglądające obrazki (tak tak, dobrze przeczytaliście – o ile to czytacie :), nareszcie udało nam się ogarnąć dwa worki internetu, więc jest szansa dzisiaj załadować coś, co tygrysy lubią najbardziej – foteczki!).
Ten dzień nie zapowiadał się jakoś szczególnie. Szczerze mówiąc, to faktycznie mieliśmy tylko spakować manatki i pojechać do naszego miejsca docelowego.

Dzień rozpoczęliśmy Mszą Świętą skoro świt o 7:30 (ale w Polsce była 6:30!) – wszak dzień święty święcić – razem z lokalną wspólnotą, po czym zjedliśmy ostatnie śniadanie w naszym domu w Jinja (Jinji? Czy jakaś specjalistka, specjalista tudzież osoba specjalizująca się w języku polskim lub tłumaczeniach może rozwiać moje wątpliwości? Okazuje się, że jednak nie zawsze mam rację. Albo przynajmniej nie jestem pewien, czy moja racja faktycznie jest mojsza).
Dalej bardzo serdecznie podziękowaliśmy naszemu gospodarzowi, o. Sylwestrowi, za gościnę i uroczyście odśpiewaliśmy Sto lat we wszystkich znanych nam melodiach. Dlaczego śpiewaliśmy Sto lat na pożegnanie? Nie wiem, choć się domyślam. O. Sylwester kiedyś usłyszał to od kogoś i sam nam zaintonował pierwszego dnia pobytu.

Dalej poszliśmy dopakować nasze walizki, kolejny raz pożegnaliśmy się z przesympatycznym o. Sylwestrem i ruszyliśmy w podróż. Tak, po kilku wspaniałych dniach opuściliśmy Jinja (Jinję? Ponawiam prośbę o pomoc.) Pierwsze pożegnania za nami, dalsza część Doświadczenia przed nami.

Po raz kolejny potwierdziła się stara zasada: rzeczy spakowane przed wyjazdem w magiczny sposób puchną i po ponownym przepakowaniu już się nie mieszczą w tę samą walizkę.
To jest prawdziwa ekologia i zero-waste! Worki, w których przyniesiono internet teraz służą Uczestnikom jako stylowe czapki.

Droga miała wyglądać następująco: wyruszamy z punktu A (Jinja), dojeżdżamy do punktu B (Masaka). Po drodze trochę modlitwy, rozmów no i oczywiście spania. Spodziewaliśmy się, że tak to będzie wyglądało.

Nic bardziej mylnego.

Dlaczego? A no dlatego, że tutaj jazda samochodem, albo w ogóle poruszanie się jakimkolwiek środkiem transportu – włączając w to własne stopy – przypomina raczej balansowanie na granicy życia i śmierci. Poruszanie po tych drogach naprawdę wymaga ponadprzeciętnej finezji, refleksu, opanowania i spokoju ducha.
Trzeba być oazą spokoju, wyluzowanym kwiatem lotosu na tafli jeziora. Trzeba być spokojnym jak wagon medytujących, tybetańskich mnichów.

Albo trzeba być lokalsem.

Naprawdę, z ogromnym podziwem obserwuję, jak tutaj wygląda ruch uliczny, jak to wszystko działa i nie ma żadnych wypadków!

Przykładowo, podczas jednego z przejazdów, przyglądałem się razem z ks. Jarkiem manewrowi skręcania w boczną uliczkę.
Uściślijmy: „manewr skręcania” to nazwałem według tutejszych standardów.
W Polsce prawdopodobnie byłoby to określone jako „wymuszenie pierwszeństwa ze szczególnym narażeniem bezpieczeństwa uczestników ruchu drogowego, 300zł, 6 pkt. karnych”.

Wyglądało to mniej-więcej tak:
Nasz bus skręcał w boczną uliczkę, podczas gdy z naprzeciwka jechała grupa motocykli. Normalnie, trzeba by było poczekać, aż przejadą i wtedy na spokojnie pojechać w swoją drogę. Tylko, że wtedy stalibyśmy tam prawdopodobnie do dzisiaj. Trzeba było się wepchnąć. Tak też zrobił nasz kierowca – bez większych skrupułów po prostu wjechał tuż pod koła grupy jednośladów.
Najbardziej mnie w tym wszystkim ujęło to, że żaden z nich nawet nie zareagował. Nie zabrzmiał żaden klakson, nie podniosła się choćby jedna brew, nie wykrzywiła się żadna twarz, a widziałem je bardzo dobrze. W końcu mijaliśmy ich w odległości dosłownie kilku stóp!*

W sytuacji, gdzie nagrania z takiego skręcania pewnie zalałyby polskie programy motoryzacyjne na najbliższych kilka odcinków, a nasi rodzimi mistrzowie kierownicy ze strachu już dawno zbrukaliby swoje dresowe zbroje Rycerzy Ortalionu, ugandyjscy motocykliści nie uznali wpakowania się kilkutonowego busa prosto pod ich koła godnym choćby splunięcia. Nie, nie oni. Niewzruszeni jak skała. Przy nich Ghost Rider czułby się pewnie jak Casper the Friendly Ghost.

Trudno określić, na ile to była odwaga, na ile brawura, a na ile po prostu codzienność i rutyna, bo takie sytuacje tutaj to po prostu chleb powszedni. Poza nami nikt się nawet nie obejrzał. Tak czy inaczej – podziwiam opanowanie.

2 pasy ruchu i do 4-5 mijających się pojazdów? Tak, a co?
Tak wygląda ugandyjska autostrada. Są 2 pasy w każdą stronę, są barierki ochronne, nawet pas zieleni na środku. Tylko bramek z opłatami nie ma… Halo? Czy to Autostrada Wielkopolska? Moglibyście brać przykład.

No, ale dość tej przydługawej dygresji. Wracamy do tematu.

W trakcie naszej dzisiejszej trasy, poza licznymi, mrożącymi krew w żyłach sytuacjami (mrożącymi tylko dla nas, oczywiście), miały miejsce 2 warte odnotowania wydarzenia.

Pierwsze: KAWA, KAWECZKA, KAWUSIA. Wstrząśnięta i zmieszana.
Tak jest, moi Drodzy. Wesoły nam dzień dziś nastał! Podczas postoju na tankowanie, wyczailiśmy stojącą obok knajpeczkę, gdzie mogliśmy zaspokoić głód kofeiny. Ja po prostu uwielbiam zapach kawy o poranku (i w południe i po południu i wieczorem też). Złożyliśmy propozycję nie do odrzucenia – przerwę na tankowanie samochodu wydłużyliśmy o dodatkowe tankowanie kofeiny.

Bez kawusi nie ma dobrego dzionka. A bez dobrego dzionka… Nie ma dobrego dzionka.

Drugie: GRANICA UGANDYJSKO-EKWADORSKA
Opuściliśmy Ugandę. Tak było, nie zmyślam. Oczywiście przejazd przez bramki na granicy nie obył się bez problemów takich jak paszporty pochowane głęboko w plecakach czy tłumaczenie łamaną angielszczyzną służbie celnej, że ten dziwny czerwony proszek to odrobina ziemi (tej ziemi) z Buluby, po której chodziła sama Wanda Błeńska. Na całe szczęście w końcu udało nam się…

Dobra dobra, Misiaczki. Trochę jednak zmyślałem. A teraz grzecznie przyznać się, kto nie uważał na geografii i nie zauważył, że przecież Uganda wcale nie graniczy z Ekwadorem?**

Oczywiście nie chodziło o Ekwador, tylko Equator, czyli równik***, który mieliśmy okazję po drodze przekroczyć, przeskoczyć i okroczyć. Z zupełnie niewytłumaczalnych powodów, stanie przy/na najdłużej lini widocznej tylko na mapie, sprawia nam (i nie tylko) ogromną radość.

Brat jednego z uczestników naszej Ekipy skomentował to zdjęcie słowami, że ma uważać na Rudego.
KOLEGO, WIEM GDZIE MIESZKASZ.
Potrzeba bardzo wielu stóp ustawionych jedna po drugiej, żeby okrążyć nimi cały równik.

Czy była to nasza pierwsza wizyta na półkuli południowej? Zdania są podzielone.
Dlaczego? W czasie podróży do Ugandy, mieliśmy międzylądowanie w Rwandzie, gdzie nie zmienialiśmy samolotu, wymieniała się tylko część pasażerów. Co prawda Filip i Mateusz wylisz w tym czasie z pokładu na schodki, ale nie zeszli stopami na rwandyjski ląd. Czy można im to zaliczyć?
Jeden rabin powie tak, drugi rabin powie nie.

Dalej już w w spokoju dojechaliśmy do Masaki, gdzie spotkaliśmy samego Boga Ojca (zdjęcia brak, ale to tylko kwestia czasu. Szach-mat, ateiści!).
Tak jest, dobrze czytacie. To nie są halucynacje. Nie regulujcie odbiorników. Spotkaliśmy Boga Ojca, a co? Nie wierzycie?
Ojciec Bóg, a dokładniej Father Deus ma około 170cm wzrostu, ciemną skórę, aktualnie pełni funkcję ojca duchownego w seminarium w Masace i, ku zaskoczeniu wszystkich, mówi po niemiecku. Jest bardzo sympatycznym i pomocnym gościem. Serdecznie nas przywitał, zjadł z nami kolację, a gdy okazało się, że nie mamy moskitier i papieru toaletowego – osobiście załatwił wszystko pstryknięciem palca w 10 minut.

No, i to by było tyle, jeżeli chodzi o dziś. Co dalej będzie się działo w Masace – dowiecie się w swoim czasie.
W sumie to my też 🙂

Uwaga, mam ważny komunikat.
Na koniec ogłaszam drobny konkurs. W dzisiejszym wpisie znalazło się kilka mniej lub bardziej znanych cytatów i odniesień do szeroko rozumianej popkultury. Kto odnajdzie i wskaże wszystkie – wygrywa talon na… sam jeszcze nie wiem co. Kartka, magnes a może kawusia? Pożyjemy, zobaczymy.

Życzę smacznej kawusi, miłej lektury naszego blogaska i dobrego dzionka.
Z wyrazami uszanowanka,
Sulo

AKM uczy i bawi:
* Jesteśmy w byłej kolonii brytyjskiej, więc pozwoliłem sobie użyć jednostki imperialnej. 1 stopa to około 30 cm.
** Ekwador też leży na równiku, ale w Ameryce Południowej. Jego nazwa pochodzi z j. hiszpańskiego i oznacza właśnie równik.
***Równik ma 40 075 km. W przeliczeniu na jednostki imperialne to będzie około 131 479 659 stóp. Aż trudno sobie tyle wyobrazić, chociaż niektórzy pewnie próbują…

One thought on “Dzień 6. Time to say goodbye.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.