Dzień 1 i 2 – Konstantynopol, ojciec Dzida na lotnisku, trzcina cukrowa i Nil, czyli pierwsze dwa dni

Środek nocy a na Poznańskim Górczynie zaczynają zjeżdżać się studenci. Trzecia z minutami i zaczynamy ten szczególny czas, który zapamiętamy do końca naszego życia, czyli DOŚWIADCZENIE MISYJNE UGANDA 2022. Rozpoczęliśmy od Mszy Świętej, po której dopakowaliśmy ostatnie rzeczy, zjedliśmy jakąś bułkę oraz przepyszną babkę, którą przywiózł od pani Ewy ks. Jarek. Chwilę po czwartej przyjeżdża dwóch kleryków z busami seminaryjnymi by zapakować nasze 480 kg bagaży. Można by tu zapytać: a po co każdemu 48 kilo? Dowiemy się wkrótce. Z pomocą Bożej opatrzności nadmiarowe kilogramy zostały przepchnięte dalej. Wspólnotowe śniadanie na berlińskim  lotnisku z naszym towarzyszem, czyli lekiem na malarię. Kontrola lotniskowa, paszportowa i stajemy przed naszym gatem. Samolot linii Turkish Arlines był dość spory.  I dawali nawet jedzenie. W telewizorkach mogliśmy obserwować podgląd z kamerki na żywo, co było pod samolotem oraz obejrzeć różne filmy czy pograć w gry. Lot minął nam szybko i przyjemnie i po kilku godzinach wylądowaliśmy w Istanbule czy – jak kto woli – Konstantynopolu.

Olbrzymie nowoczesne lotnisko sprawiało wrażenie, że będzie można skorzystać z wifi, by powiadomić naszych bliskich, że dotarliśmy. Jak to na tureckie lotnisko przystało, co chwilę był mały meczet pomiędzy licznymi sklepami strefy bezcłowej. Wraz z dk. Mateuszem, chciałem zajrzeć jak wygląda ten meczet, ale akurat było w sprzątaniu to zaczęliśmy eksplorować to lotnisko i okazało się ono jeszcze większe niż mogłoby się nam wydawać. Znaleźliśmy automaty, gdzie po zeskanowaniu paszportu dostaliśmy godzinę Internetu – w ten sposób oświadczyliśmy światu, że Uganda jest co raz bliżej. O 17:30 pokazała się nasza bramka, gdzie mieliśmy się udać by polecieć do naszego celu. Okazało się, że bramka F4 jest 25 minut pieszo od miejsca gdzie siedzieliśmy. Zdążyliśmy – wsiedliśmy i polecieliśmy. Na pokładzie nieco mniejszego już niż wcześniej samolotu ruszyliśmy do Rwandy, tak – dobrze czytacie: do Rwandy.

Kilkugodzinny lot zahaczający o godziny nocne poskutkował tym, że dostaliśmy zatyczki do uszu, opaski na oczy oraz stylowe skarpetki.  Koło pierwszej naszego czasu, wylądowaliśmy w stolicy Rwandy, czyli w Kigali. Tam kilku pasażerów wysiadło, a nas zaniepokoił widok naszej ostreczowanej walizki z czerwoną przywieszką, która znalazła się na wagoniku panów od bagaży. BAGAŻE LUBIĄ GINĄĆ, ALE DLACZEGO NASZ… po jakimś czasie wrzucili go z powrotem, dosiadło się też kilka osób.

Ruszyliśmy znowu!!! 3 start samolotu, ale na szczęście trwał już on 40 minut i oto jest nasz cel: UGANDA.

Z radością wysiedliśmy dokładnie 24 godziny po wyruszeniu z domu. Szybka toaleta, wbicie wizy, która ma hologram z gorylkiem. Odebranie bagaży [BOGU DZIĘKI NIC NIE ZAGINĘŁO] – na lotnisku czekał na nas werbusta, o. Andrzej Dzida, który na co dzień posługuje w obozie dla uchodźców z Sudanu w Ugandzie. Odebrał od nas kilka rzeczy przywiezionych dla niego (misjonarze tęsknią za polskimi kiełbasami) oraz dla potrzebujących (kilka telefonów i laptopów). Po pogawędce i przedstawieniu nam tego, na czym polega praca w takim obozie, o. Andrzej wsiadł w autobus gdzie jechał 12 godzin do wspomnianego obozu. My siedząc w strefie przy barze jedzeniowym koło 5.00 posnęliśmy, ale na szczęście czuwała nad nami s. Ela [i nie tylko, przyp. Ani].

[tu zdarzył się dziwny moment, gdzie coś nam się w mózgu zrestowało i zaczęliśmy pojmować czas jako nowy dzień]

Koło 6.40 przyjechała po nas s. Stella (nie mogła wcześniej z racji na godzinę policyjną do 6…) i zabrała nas do klasztoru Sióstr Klawerianek w Kampali. Po wyjściu z lotniska ukazała nam się wielka reklama coca-coli, która przypomina, że niektóre rzeczy na całym świecie są niezmienne oraz śpiewa ptaków, których jeszcze nigdy w życiu nie słyszeliśmy, z ekscytacją zapakowaliśmy nasze 480 kg do busika, który będzie nam towarzyszył (MUSICIE GO ZOBACZYĆ). Po drodze przywitał nas piękny wschód słońca oraz  widzieliśmy codzienne życie Ugadyńczyków. Ja średnio pamiętam bo zasnąłem i ktoś mi wmawiał, że chrapałem. Dojechaliśmy do klasztoru i wypakowywaliśmy rzeczy, gdy przyszły nas powitać siostry, aspirantki oraz nowicjuszki. Przywitały nas przytuleniem i z wielką serdecznością. Zaskoczyły nas, że od razu chciały nam pomóc z bagażami i mimo, że większość walizek miały kółeczka to nosiły je w rękach.  Zjedliśmy pyszne śniadanie i zaczęliśmy się ogarniać – prysznic, przebranie, etc.

Kulminacyjnym punktem 2 dnia (który nam się zlewa z pierwszym) była Msza Święta. Ks. Jarek wspomniał o ofiarowaniu siebie tak jak św. Wawrzyniec. Czasem coś może tu spotkać co nas będzie męczyć, ale zaprzemy się bo to może być ważne dla drugiego człowieka (przekonaliśmy się o tym po kilku godzinach. Po mszy i przepakowaniu pojechaliśmy do Dżindżi skąd pisze ten wpis. Po drodze minęliśmy Nil, z którym zrobiliśmy sobie zdjęcie. W domu rekolekcyjnym diec. Jinja, odmówiliśmy wspólnie nieszpory oraz zjedliśmy kolacje z tutejszym o. Sylwestrem w towarzystwie o. Thomasa i nowicjusza Paula. Byliśmy zmęczeni, ale rozmowa i miejscowi byli tak cudowni, że od razu przypomniała nam się Ewangelia. Nakarmili nas bardzo dobrze, ale chyba nie zrobiłem zdjęcia.

Aha! zapomniałem: Michał chciał pomóc jednej nowicjuszce zanieść wiadro odpadków, a wyszła z tego mała wycieczka po ich ogrodzie pełnym bananowców, orzeszków ziemnych, marakui, pomidorów, cebuli, Papai i trzciny cukrowej, którą mieliśmy okazje później spróbować.

Teraz idę spać a zdjęcia będą jutro. Módlcie się za nas 😀

P.S. Wiecie, że w tureckich liniach jest do poczytania i odsłuchania Koran oraz kazania różnych imamów?

Filip

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.